czwartek

Rozdział 1 ,, Pożegnanie Anne Lapaine "



,,Walkę kończy śmierć, każda in­na rzecz walkę je­dynie przerywa.  "


    Tego dnia pogoda nie dopisywała przy uroczystym pożegnaniu. Ciemne chmury zebrały się, pozwoliły, by w ostatecznej chwili deszcz zalał każdą osobę aż do suchej nitki. Może to był dar, gdy krople deszczu zlewały się ze łzami gości, którzy bezgranicznie opłakiwali nagrobek Pani Lapaine. Była ona niesamowitą kobietą, wysoką o pięknych złocistych lokach i hipnotyzujących niebieskich oczach. Nikt nie spodziewał się po niej, że umrze, mając zaledwie trzydzieści osiem lat. Lekarze uznali, że to przez atak serca, lecz w małym miasteczku wszystkie pogłoski rozchodzą się bardzo szybko. Ludzie wierzyli, że została otruta przez swojego kochanka, który gdy tylko dowiedział się o jej śmierci, po prostu uciekł z miasta.
    Anne Lapaine była moją matką. Stojąc nad jej nagrobkiem i wpatrując się w datę śmierci na niej wyrytą, nie czułam bólu. Wręcz przeciwnie, od zawsze była mi obojętna. Spoglądając na twarze zgromadzonych byłam wręcz zdziwiona, że miała aż tyle znajomych. Nie wiedziałam o niej dużo, więc nie było mi żal tej kobiety. Zostawiła mnie, gdy miałam zaledwie siedem miesięcy. Przez całe moje życie wychowywałam się z niesamowitym ojcem -  Richardem. Nie żałuje. Może dalej miałam jej za złe, że mnie zostawiła gdy się urodziłam, ale gdyby mnie kochała, nie porzuciłaby mnie.
Nigdy nie uznawałam jej za swoją matkę.    
   Od dziecka mieszkałam z ojcem w Brierley Hill z daleka od niej. Po jej śmierci, ku zdziwieniu, zostawiła nam dom w spadku, w mieście, w którym żyła. Przyjechałam tu razem z ojcem, bo Haltwhistle miało być naszym nowym początkiem,  startem w jasną, niezmąconą koszmarami przyszłość... Chcieliśmy zacząć wszystko od początku, od nowego miejsca, od nowego czystego konta.
    Gdy rozejrzałam się wokół, ujrzałam cmentarz.  Mauzolea, otoczone wysokim żeliwnym ogrodzeniem, z zamkniętą na klucz bramą. Napis ponad nią obwieszczał: za tymi bramami wszyscy są niewinni. Atmosfera była dość ponura, otoczona rozpaczą i smutkiem nad stratą osoby.
    Kiedy pogrzeb powoli dobiegał końca, ludzie, których nie znałam składali mi kondolencję. Mówili mi po imieniu, jakby znali mnie już od dawna. Niektórzy zachowywali się wobec mnie jak starzy kumple. Nie sądziłam, że połowa tego maleńkiego miasta będzie mnie dobrze znała.
    Po pożegnaniu Anne jechaliśmy do jej domu, który od tego właśnie dnia stał się również naszym. Nie byłam z tego zadowolona, lecz to było jedyne miejsce gdzie mogliśmy się przeprowadzić, po tym, jak wyrzucili nas z naszego małego mieszkania w Brierley Hill, przez to, że nie płaciliśmy czynszu. Ojciec pracował jako psychoterapeuta, ale po zburzeniu szpitala psychiatrycznego, nie potrafił już znaleźć pracy w tym zawodzie. Myślałam, że jej śmierć była darem od Boga, który zapewnił nam dach nad głową i spadek na kilkaset tysięcy. Było to wielkim szokiem, ponieważ nie spodziewaliśmy się, że cokolwiek nam zostawiła.
    Gdy samochód się zatrzymał, stanęliśmy przed nowym domem. Był on wielki, w kolorze białym z czarnym dachem, ramy okien były w tym samym kolorze i w każdym z nich można było zauważyć kolorowe zasłony. W oknach postawiono kwiaty różnego rodzaju. Drzwi miały kolor brązowy, a obok nich były niewielkie schody. Rozejrzałam się dookoła. Cisza. Zero hałasu, zero widocznego domu z sąsiedztwa. Tylko my, dom i otaczające nas rośliny.
    - No, więc jak ci się podoba? - zapytał ojciec z iskierką w oczach, gdy wyszliśmy z samochodu.
    Na to miejsce było tylko jedno słowo.
    - Tato, będziemy mieszkać na zadupiu - odpowiedziałam, splatając ręce na piersi.
    Westchnął i wyciągnął z bagażnika kilka pudełek, następnie kierował się do środka. Spojrzałam na niego.
    - Daj spokój, będzie fajnie - zachęcił mnie, klepiąc w plecy. Z niechęcią poszłam za nim.
    Wchodząc do środka zauważyłam, że dom został nienaruszony odkąd umarła. Jej rzeczy wisiały na meblach, dom nie był wysprzątany, a jej przedmioty stały na wierzchu. Dom był dwupiętrowy, znajdowało się w nim pięć pokoi, trzy łazienki, kuchnia i strych. Cieszyłam się z tak dużej przestrzeni, zawsze musieliśmy zadowolić się jedynie dwoma pokojami, kuchnią i łazienką.
    Gdy kierowałam się do sypialni, zauważyłam w progu drzwi czarnego kota. Byłam zdziwiona jego obecnością. Zaczarował mnie swoją urodą, był nie za duży, o pięknych, dużych, zielonych oczach i spiczastych uszach. Spojrzał się na mnie i zamiauczał, zaczynając łasić się do mojej nogi. Uśmiechnęłam się i bez zastanowienia wzięłam go na ręce.
    - I jak podoba ci się dom? - Usłyszałam za sobą głos ojca.  Podszedł i zadziwiająco spoglądnął na mnie z ciekawością, a później na mojego małego towarzysza. - Nie wiedziałem, że Anne miała kota - dodał, drapiąc małego zwierzaka za uchem.
    - Możemy go zatrzymać, prawda? - zapytałam z nadzieją w oczach.  - Nazwiemy ją Eleine. Te imię jest śliczne.
    - Według przesądów, czarne koty w domu przynoszą pecha - odpowiedział.
    - Nie mów, że wierzysz w te bzdury - prychnęłam.
    - Oczywiście, że nie. Musisz jednak pamiętać, że to miasto jest strasznie przesądne, wierzące w legendy i inne bzdety...  jest po prostu nienormalne - zaśmiał się.
    - Poradzimy sobie, prawda Eleine? - powiedziałam, gdy kot zeskoczył z moich rąk i kierować się na łóżko w kłębek.
    Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Najbardziej zadziwiające w tym wszystkim było to, że na białych ścianach wisiały fotografie ojca i moje, gdy byłam zaledwie noworodkiem. Spoglądałam na ilustracje, nie wierząc własnym oczom.
    - Są wszędzie. W kuchni, w pokoju, sypialni,  salonie, nawet w garażu! Nie mam pojęcia dlaczego trzymała nasze zdjęcia, gdy była w związku z kimś... z kimś innym. - Przez gardło ojca nigdy nie przechodziło słowo " kochanek".
    - Co z nimi zrobimy? - zapytałam, nie odrywając od nich wzroku.
    - Zostawię niektóre, zajmę się tym. W tej chwili nie myślmy o tym. Za godzinę zaczyna się uroczyste przyjęcie z okazji odejścia Anne. Wiesz dobrze, że musimy na nim być. Przygotuj się, poznamy bliżej naszych sąsiadów. Jeżeli los nam teraz sprzyja, może poznam kogoś, kto poszukuje psychoterapeuty do zatrudnienia.
    Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Eleine, która w mgnieniu oka znalazła się na szczycie jednej z szaf przeciągając się, jednocześnie miaucząc. Dałabym uciąć sobie  głowę, że w tej chwili spoglądała na zdjęcie, na którym Anne trzyma mnie na rękach.


    Burmistrz John Wood urządził w swoim domu przyjęcie na cześć pożegnania Anne Lapaine. Zaproszone zostało całe miasteczko, więc dom zapełnił się pogrążonymi w rozpaczy ludźmi. Mężczyźni przyszli w eleganckich garniturach, a kobiety najczęściej były ubrane w czarne sukienki. Parkiet zostawał pusty, w tle puszczana była cicha muzyka klasyczna, a goście rozkoszowali się drogim winem i wytwornymi daniami. Tuziny służących roznosiły drinki i przekąski.
    Dom nie był skromny. Na pierwszy rzut oka było widać, iż mieszkają tu bogaci domownicy. Wysoki sufit ozdabiały niesamowite obrazy od francuskiego Cezanne Paula, aż do Courbeta Gustave. Zapalone świece oświecały wnętrze pomieszczenia.
    Gdy muzyka ucichła, niska kobieta o krótkich włosach, zwróciła na siebie uwagę poprzez uderzenie widelca o spód kieliszka. Zdecydowanie była to żona burmistrza. Kiedy zapanowała cisza, kobieta uniosła wysoko i dumnie głowę ku zebranym. Wyprostowała się, przemówiła głosem wdzięcznym i melodyjnym.
    - Noc taka jak ta odkrywa czyjeś schowane oblicze, codziennie skrywane skrupulatnie przed światem. Godziny zabawy przemijają, z każdą minutą zbliżamy się do końca, pomimo tego, iż większość z nas błaga by świat dla nas się nie zakończył. A może jest szansa by to zmienić? Spójrzmy na siebie. Jesteśmy młodzi. Przestańmy się martwić czasem, przestańmy dbać o to co ludzie pomyślą. Mówmy to ,co chcemy, róbmy to, czego pragniemy. Bawmy się dziś jakbyśmy byli nowonarodzeni. Nie martwiąc, że zbliża się północ, zapomnijmy o Bożym świecie. Żyjmy tą chwilą. Jak by powiedział Horacy: Carpe Diem! Podejmujmy ryzyko, wyjawiajmy sekrety, żyjmy całą duszą. Świat jest nasz. Nie bójmy się. Jutro powrócą problemy, niepoukładane stosy obowiązków, ale Anne nauczyła mnie jednego. Że trzeba żyć. Pokazała nam wszystkim czym jest świat, sama była szaloną kobietą z trzydziestką na karku, a potrafiła bawić się jak nie kto inny. Była osobą wartą zaufania, która pomagała każdemu z nas.  Nikt tu z obecnych nie chciał pewnie, by już odchodziła w miejsce, gdzie będzie jej w tej chwili lepiej. Ale nie martwcie się mieszkańcy Haltwhistle! Ona nadal tu jest. Niewidzialna, kryje się i bawi jak zawsze. Piękna, wesoła i pomocna, skrywająca mnóstwo własnych sekretów - jak każdy z nas.  I pewnie nikt nie będzie żałował tego, co zrobił, więc wznieśmy toast za Anne, za nas samych i za dzisiejszy wieczór!
    Ludzie, nie odrywając oczu od żony burmistrza zaniemówili z wrażenia. Jeszcze kilka sekund po zakończeniu, na sali panowała cisza, a ostatnie słowa wciąż rozbrzmiewały w uszach i sercach zebranych. Po głuchym spokoju ludzie zaczęli ją oklaskiwać i uśmiechać się do siebie. Kobieta ukłoniła się i odeszła.
    Po wypiciu kieliszka wina, skierowałam się w stronę łazienki by poprawić makijaż. Wyprostowałam się i spojrzałam w swe odbicie. Była tam osoba, którą dobrze znałam lecz zdawało mi się, że jest nieznajomą. Miała długie i proste, kasztanowe włosy jak ja. Jej oczy były w odcieniu brązu. Sylwetkę miała szczupłą i była jak każda inna dziewczyna. Niczym nie różniąca się osiemnastolatka. Jednakże gdyby ktoś przyjrzał się jej wnętrzu...  zrozumiałby jaka jest wyjątkowa. Bo w końcu nikt nie jest taki sam.
    Do łazienki weszła wysoka dziewczyna o krótkich włosach i zniewalającym pięknym uśmiechu. Spojrzała na mnie, zmrużyła oczy i przytuliła mnie z całej siły. Zszokowana odepchnęłam ją od siebie.
    - Ach.. przepraszam - zawstydziła się. Jej policzki zalały rumieńce.  - Przykro mi z powodu twojej matki - dodała, gdy dalej spoglądałam na nią jak na wariatkę. - Nie widziałam cię nigdy wcześniej tutaj, więc pewnie przyjechałaś z daleka. Jesteś jej córką, prawda? - dodała.
    - Tak - odpowiedziałam po krótkiej chwili z nieszczerym uśmiechem. - Catherine Lapaine - przedstawiłam się, podając jej dłoń.
    - Nia de Lenclos - uścisnęła ją mocno.
    - Nia de co? - zapytałam przekrzywiając się.
    - De Lenclos. Moja rodzina pochodzi z Francji. Bonjour Catherine - uśmiechnęła się nieśmiało. Odwzajemniłam niepewnie uśmiech. - Twoja matka była niezwykłą osobą.
    - Nie znam jej dobrze. Nie mieszkałam z nią.
    - Wiem. Porzuciła Cię, gdy byłaś mała. - Rzuciłam na nią wściekłe spojrzenie. - Przepraszam... nie powinnam tego wspominać ale każdy o Tobie wie w tym mieście. Nic tutaj nie ukryje. Często o Tobie wspominała, jaka jesteś niezwykła.
    - Jakim prawem? - zapytałam. Przecież nic o mnie nie wiedziała. Zostawiła mnie.  - Co takiego mówiła?
    - Wiele rzeczy... - wywróciła oczami. - Widzę po twoich oczach, że jesteś na nią o to zła, że nie miałaś matki.
    Prychnęłam.
    - Odpieprz się - odpowiedziałam stanowczo. - Nie obchodzi mnie twoje zdanie.
    - Rozumiem, że Temat o Anne jest...
    - Spieprzaj - przerwałam jej, próbując wyjść z łazienki.
    Przyszłam na te przyjęcie ze względu na Ojca. Z własnej woli nie miałam ochoty rozmawiać o swojej Matce, tym bardziej z jakąś obcą dziewczyną.
    - Czekaj! - zatrzymała mnie, blokując wyjście. - Z natury jesteś taka bezczelna? - zapytała wrednie.
    Spojrzałam na nią z niedowierzaniem. Wyciągnęła ze swojej torebki, drewniane pudełko i podała mi je.
    - Co to? - zapytałam.
    - Anne kazała mi to Tobie przekazać, kiedy tu zamieszkasz. Proszę, weź je  - odpowiedziała. - Nie mam pojęcia co jest w środku, nie obchodzi mnie nawet to. Po prostu zabierz to.
    Krzyk na zewnątrz przerwał nasza rozmowę. Wybiegłyśmy z łazienki podążając za uciekającymi gośćmi, którzy wychodzili z budynku. Na zewnątrz pojawił się krzyk i przerażenie. Spoglądałam na co wszyscy zwrócili tak wielką uwagę. Spojrzałam na twarze spanikowanych osób, a później na punkt w którym wszyscy się wpatrują. Na ziemi, w kałuży krwi leżał nie żyjący człowiek, mężczyzna w średnim wieku. Jego ciało było pokrzywione w różnych kierunkach, wszystko wyglądało na to, że rzucił się z balkonu, skręcając sobie przy tym kark. Zasłoniłam usta dłonią i zamknęłam oczy.
    Z biegiem czasu zrozumiałam, że to był dopiero początek...
                                                                 

niedziela

Prolog


Potem ujrzałem wielki biały tron
i na nim Zasiadającego,
od którego oblicza uciekła ziemia i niebo,
a miejsca dla nich nie znaleziono.
 I ujrzałem umarłych -
wielkich i małych -
stojących przed tronem,
a otwarto księgi.
I inną księgę otwarto,
która jest księgą życia.
I osądzono zmarłych z tego, co w księgach zapisano,
według ich czynów.
I morze wydało zmarłych, co w nim byli,
i Śmierć, i Otchłań wydały zmarłych, co w nich byli,
i każdy został osądzony według swoich czynów.
 A Śmierć i Otchłań wrzucono do jeziora ognia.
To jest śmierć druga - jezioro ognia.
 Jeśli się ktoś nie znalazł zapisany w księdze życia,
 

                      został wrzucony do jeziora ognia.                                                     
(Apokalipsa św. Jana 20, 11- 15 )


     Przenieśmy się w świat,  gdzie jeszcze żaden człowiek nie trafił. Gdzie jesteśmy tylko my, wpatrując się w świat z szeroko otwartymi ustami. Gdzie panuje cisza i spokój, a jedyny szelest to trzask płatków śniegu opadających powoli na ziemię. Tak niedosłyszalnie, lecz bardzo wyraźnie skupimy się na każdym topniejącym kryształem. Damy przenieść się duchom ku wieczności, tym razem bezpiecznej już przyszłości. Będziemy przy sobie, póki najgorsze siły nas nie rozłączą. Zasypiając koło siebie co dnia z całą pewnością, że w kolejny poranek obudzę się, mając Cię przy sobie. Będziemy w raju. Jak Adam i Ewa. Jedyni, na całym świecie. Idealnie sobie przeznaczeni. Będziemy tęsknić za bólem. Szukać go, jakby był czymś przyjemniejszym. Nadzieje pozostawimy w nieodległej przeszłości, gdzie każdy krok staję się nowym życiem. Każdy przecież początek to tylko ciąg dalszy, a księga zdarzeń zawsze jest otwarta w połowie. Niczym dzieło sztuki. Jesteśmy obrazami nowego życia, nowego początku.
    A jeżeli tak po prostu będziesz chciał odejść... Zrań moją duszę, nazwij to morderstwem. Zabijaj po cichutku, delikatnie i powoli. Obiecuję, że każda rana obróci się ku tobie, pozostawiając na twoim ciele blizny nieśmiertelności.
    Powłoka zwana ciałem umiera, dusza została zatracona.
    Kłamstwa wokół nas uniosą się jak czar magii, który pryska co dzień, co noc. Zabłysną gwiazdy, które sami nazwiemy na cześć naszego życia. Jesteśmy stworzeni, by zmienić wszechświat, czekając wieczność na końcową apokalipsę, która zniszczy wszystko, co napotka na swej drodze. Magia księżyca zwiększy się o moc trzech czarownic, krew rozleje się w walce, anioły upadną, cienie zabłysną, a śmierć... Śmierć nadchodzi, za rogiem czai się piękna pani  w czarnym płaszczu, długiej sukni, delikatnymi rysami twarzy. Jej warkocz delikatnie opada aż do ziemi. To ona. Śmierć. Śmierć, którą sami stworzyliśmy. Stworzyliśmy historię świata.


***

Cieszę się bardzo, że po tak wielu miesiącach znów mogę zacząć tworzyć własne opowiadania. Nie starałam się by prolog był długi ponieważ przedstawia tak jakby wstęp do całej Chęci Przebudzenia. Mam nadzieję, że nie jest aż taki zły...  ;)
Z całego serca pragnę również podziękować autorce Przeznaczenia Śmierci
za pomoc w blogu. 
Będę wdzięczna jeżeli wyrazicie swoją opinię - negatywną czy pozytywną, a po za tym mam prośbę by zostawiać adresy swoich blogów w zakładce spam, ponieważ z chęcią wpadnę i poczytam wasze wypociny ^ ^